03.08.06, 17:08
Dziennikarze a praca
28 lipca w Faktach TVN poszedł kolejny materiał na temat obozów pracy przymusowej, w których więziono Polaków we Włoszech. Na koniec panowie dziennikarze z TVN powiedzieli, że na szczęście niedługo włoskie państwo zamierza.... Kolejny felieton Jarosława Pietrzaka "Dziennikarze a praca"
28 lipca w Faktach TVN poszedł kolejny materiał na temat obozów pracy przymusowej, w których więziono Polaków we Włoszech. Na koniec panowie dziennikarze z TVN powiedzieli, że na szczęście niedługo włoskie państwo zamierza otworzyć rynek pracy dla Polaków i będzie już możliwość pracować w tym kraju legalnie. Ta puenta ścięła mnie z nóg, nawet pomimo iż od dawna biorę poprawkę na poziom polskiego dziennikarstwa. Wynika z niej bowiem, że w gruncie rzeczy te obozy (w których doszło przecież do morderstw!) zostały założone, bo ci nieszczęśliwi włoscy przedsiębiorcy nie mieli możliwości zatrudniać Polaków, bo ich państwo ciągle jeszcze nie zliberalizowało do końca rynku pracy. Czasem myślę, że żeby zostać w Polsce dziennikarzem w którymś z dominujących mediów, trzeba przejść specjalne testy, w których najwyżej ocenianą zdolnością jest kompletny brak zmysłu krytycznego i całkowita podatność na dominujące ideologie, najniżej zaś myślenie.
Słoweński filozof i psychoanalityk Slavoj Žižek, trafnie określany mianem awangardy współczesnego światowego myślenia, słusznie gromi pewną tendencję naszych czasów. Większość najpoważniejszych problemów, przed jakimi obecnie stoi świat, wynika z ekspansji neoliberalnego kapitalizmu i zagarniania przezeń coraz to nowych obszarów życia społeczeństw. Tymczasem ideolodzy systemu jako jedyne remedium na te problemy proponują jeszcze więcej neoliberalnego kapitalizmu.
Obozy niewolniczej pracy we Włoszech to nie jest wypadek przy pracy, anomalia, skutek niewystarczającej liberalizacji rynku pracy we Włoszech. Te obozy to logiczna konsekwencja systemu, neoliberalny kapitalizm w całej swojej nagiej okazałości, jego prawdziwe oblicze, sedno. Więzieni tam Polacy byli pozbawieni możliwości znalezienia jakiejkolwiek pracy we własnym kraju, wskutek zainstalowania w Polsce fundamentalizmu rynkowego spod znaku Balcerowicza. Zdołali się przez ostatnie kilkanaście lat przekonać, że w neoliberalnym kapitalizmie pracownik ma niewiele praw, jest całkowicie na łasce pracodawcy i nic go nie chroni. Gwałcenie praw pracowników jest w Polsce na porządku dziennym, Biedronka to tylko wierzchołek góry lodowej. Płaca za miesiąc pracy w wysokości środków wystarczających na tydzień życia nikogo nie dziwi i nikt nie widzi w tym nic niemoralnego. Ośmiogodzinny dzień pracy to fikcja teoretyczna, luksus rzadko stwierdzalny empirycznie. Kto ma szczęście mieć jakąkolwiek pracę, ma też nadgodziny, zwykle opłacane gorzej niż to przewiduje kodeks pracy. I tak się wówczas cieszy, że w ogóle opłacane. Tak więc ludzie ci przeszli trening, w którym państwo polskie wpoiło im, że w celu zdobycia jakiejkolwiek pracy muszą się zgodzić na wszystko, także na szemranego pośrednika i na oddanie paszportu. A potem już było za późno. Geniuszom z TVN życzę, żeby kiedyś znaleźli się w takim obozie, może się otrząsną.
Jeżeli chodzi o intensywność propagandy współczesne polskie dziennikarstwo w mediach dominujących bije PRL na łeb na szyję. Co jest znacznie gorsze niż w przypadku PRL, bo dzisiejsze skuteczniej podaje się za obiektywne. Do triumfalnego dęcia w trąby z okazji spadku bezrobocia o każde zawrotne 0,2 % już się przyzwyczailiśmy. Wiadomo, dlaczego nigdy nie podaje się liczby miejsc pracy w Polsce. Jeżeli w ciągu kilku lat grubo ponad milion, może nawet dwa miliony ludzi wyjechały do pracy za granicę, a mimo to bezrobocie w kraju spadło w tym czasie tylko o 2 może 3%, to znaczy, że miejsc pracy jest systematycznie coraz mniej. Przyzwyczailiśmy się już także do zwalania wszystkiego na wysokie podatki i koszty pracy, choć jedne i drugie są w Polsce najniższe lub należą do najniższych w Unii Europejskiej, a europejskie rządy i społeczeństwa co i rusz oskarżają nas o dumping w tej dziedzinie.
Pani Tadeusiak, relacjonując dla TVP zamieszki we Francji, nie zauważała w ogóle, że tzw. ustawa o pierwszym zatrudnieniu gwałci podstawowe prawa młodych ludzi na rynku pracy, na którym już bez niej stali na słabszej pozycji. Pani Tadeusiak zabawiała się tworzeniem wyrafinowanych w jej własnym odczuciu paraleli i kontrastów z protestami roku 1968. W opozycji do szlachetnych ówczesnych ideałów, dzisiejszej młodzieży francuskiej chodzi ponoć tylko o to, by móc uczestniczyć w społeczeństwie konsumpcyjnym. Żądanie równego traktowania to zdaniem pani Tadeusiak pragnienie konsumowania. Ich rodzice chcieli zmieniać społeczeństwo, oni boją się zmian, kolejna złota myśl pani reporter. Głupota ludzka nie zna granic, wiemy to już od Erazma z Rotterdamu, dobrze by jednak było, gdyby jakoś ją odsiewano w takich instytucjach jak telewizja publiczna.
Tego lata rozpoczął się jednak nowy rozdział antypracowniczej propagandy w „wolnych” polskich mediach, pojawiło się bowiem nowe zjawisko: brak chętnych do pracy sezonowej w turystyce i gastronomii. I znów dziennikarze ubolewają nad ciężką dolą polskich kapitalistów, którzy mimo kilkunastoprocentowego bezrobocia nie mogą znaleźć personelu. Widocznie bezrobocie bierze się w Polsce z lenistwa narodu. Ze śmiertelną powagą, bezkrytycznie cytują takie wypowiedzi nieszczęśliwych przedsiębiorców: „Oferuję 900 złotych miesięcznie, to niemało”. Proponuję mu za tyle wyżyć. Zwłaszcza, że w tej branży o ośmiogodzinnym dniu pracy nikt już nawet nie marzy.
Pracą sezonową zainteresowani są zawsze studenci, zresztą to ich się zwykle szuka na takie stanowiska, nikt nie da takiej pracy bezrobotnemu czterdziestolatkowi. Ale polskiego studenta nie stać na to, żeby subwencjonować swoją pół-darmową pracą wyzyskującego go przedsiębiorcę. Polski student musi w wakacje odłożyć na studia, bo zwykle za nie płaci, a nawet jak ma szczęście studiować za darmo i nawet ma stypendium, to wie, że pierwszy przelew dostanie dopiero na początku grudnia i do tego czasu będzie musiał z czegoś żyć. Wyjazd do Kołobrzegu kosztuje tyle samo, co do Londynu, gdzie za tą samą pracę płacą co najmniej 7 razy tyle, student nie może więc wybrać nic innego. „Im chodzi tylko o to, gdzie zarobią więcej” – żali się inny nieszczęsliwiec, a dziennikarz to całkiem poważnie cytuje. Ha! szubrawcy, no nie? A o co ma chodzić człowiekowi, który musi z czegoś żyć? O samą przyjemność pracy w pozycji wyprostowanej 12 godzin dziennie?
Gdyby prawdą była obowiązująca doktryna ideologiczna balcerowiczyzmu, że praca jest towarem i stosunek podaży do popytu wszystko sam ureguluje, wzrosłyby płace i problem by zniknął. Ale, jak powiedział Karol Marks, w systemie kapitalistycznym władzę sprawuje kapitał. Nigdy nie przestało to być prawdą. Kapitał nie ma najmniejszego zamiaru podnieść w Polsce płac. W światowym systemie kapitalistycznym od XVI wieku, jak wykazały badania np. Małowista czy Wallersteina, Polska jest peryferią, quasi-kolonią, dostarczycielem tego, co tanie: surowców, żywności, towarów niskoprzetworzonych i wreszcie taniej siły roboczej. Dzięki temu skupiony na Zachodzie kapitał, zwolniony z tych obowiązków, może się zajmować zarabianiem prawdziwych pieniędzy. Kapitał nie może więc dopuścić do wzrostu płac w Polsce, ich realny wymiar częściej spada niż wzrasta. Althusser twierdził, środki masowego przekazu są ideologicznym aparatem państwa strzegącego interesów kapitału. Bezkrytyczni funkcjonariusze tego aparatu, polscy dziennikarze, prowadząc konsekwentną antypracowniczą propagandę, przygotowują obecnie grunt dla otwarcia możliwości zatrudniania na ogromną skalę ludzi z Ukrainy czy Rosji, którzy będą się godzić na takie stawki i w ten sposób spędzające kapitalistom sen z oczu widmo wzrostu płac zostanie raz na zawsze zażegnane. Nastąpi ogromny import siły roboczej ze wschodu pomimo kilkunastoprocentowego bezrobocia w kraju. W celu utrzymania niskich płac.
Dziennikarze kręcą jednak w ten sposób bat na samych siebie, bo też są przecież pracownikami. I to coraz bardziej wyzyskiwanymi (nie licząc wąskiej elity gwiazd zawodu). Na razie czerpią inteligencką satysfakcję z tego tylko, że się różnią od „zwykłych” pracowników, bo świadczona przez nich praca ma charakter umysłowy, jest to jednak krótkowzroczna postawa. Jeżeli sądzą, że jeszcze więcej neoliberalnego kapitalizmu poprawi kiedyś ich położenie, to mylą się grubo.
Słoweński filozof i psychoanalityk Slavoj Žižek, trafnie określany mianem awangardy współczesnego światowego myślenia, słusznie gromi pewną tendencję naszych czasów. Większość najpoważniejszych problemów, przed jakimi obecnie stoi świat, wynika z ekspansji neoliberalnego kapitalizmu i zagarniania przezeń coraz to nowych obszarów życia społeczeństw. Tymczasem ideolodzy systemu jako jedyne remedium na te problemy proponują jeszcze więcej neoliberalnego kapitalizmu.
Obozy niewolniczej pracy we Włoszech to nie jest wypadek przy pracy, anomalia, skutek niewystarczającej liberalizacji rynku pracy we Włoszech. Te obozy to logiczna konsekwencja systemu, neoliberalny kapitalizm w całej swojej nagiej okazałości, jego prawdziwe oblicze, sedno. Więzieni tam Polacy byli pozbawieni możliwości znalezienia jakiejkolwiek pracy we własnym kraju, wskutek zainstalowania w Polsce fundamentalizmu rynkowego spod znaku Balcerowicza. Zdołali się przez ostatnie kilkanaście lat przekonać, że w neoliberalnym kapitalizmie pracownik ma niewiele praw, jest całkowicie na łasce pracodawcy i nic go nie chroni. Gwałcenie praw pracowników jest w Polsce na porządku dziennym, Biedronka to tylko wierzchołek góry lodowej. Płaca za miesiąc pracy w wysokości środków wystarczających na tydzień życia nikogo nie dziwi i nikt nie widzi w tym nic niemoralnego. Ośmiogodzinny dzień pracy to fikcja teoretyczna, luksus rzadko stwierdzalny empirycznie. Kto ma szczęście mieć jakąkolwiek pracę, ma też nadgodziny, zwykle opłacane gorzej niż to przewiduje kodeks pracy. I tak się wówczas cieszy, że w ogóle opłacane. Tak więc ludzie ci przeszli trening, w którym państwo polskie wpoiło im, że w celu zdobycia jakiejkolwiek pracy muszą się zgodzić na wszystko, także na szemranego pośrednika i na oddanie paszportu. A potem już było za późno. Geniuszom z TVN życzę, żeby kiedyś znaleźli się w takim obozie, może się otrząsną.
Jeżeli chodzi o intensywność propagandy współczesne polskie dziennikarstwo w mediach dominujących bije PRL na łeb na szyję. Co jest znacznie gorsze niż w przypadku PRL, bo dzisiejsze skuteczniej podaje się za obiektywne. Do triumfalnego dęcia w trąby z okazji spadku bezrobocia o każde zawrotne 0,2 % już się przyzwyczailiśmy. Wiadomo, dlaczego nigdy nie podaje się liczby miejsc pracy w Polsce. Jeżeli w ciągu kilku lat grubo ponad milion, może nawet dwa miliony ludzi wyjechały do pracy za granicę, a mimo to bezrobocie w kraju spadło w tym czasie tylko o 2 może 3%, to znaczy, że miejsc pracy jest systematycznie coraz mniej. Przyzwyczailiśmy się już także do zwalania wszystkiego na wysokie podatki i koszty pracy, choć jedne i drugie są w Polsce najniższe lub należą do najniższych w Unii Europejskiej, a europejskie rządy i społeczeństwa co i rusz oskarżają nas o dumping w tej dziedzinie.
Pani Tadeusiak, relacjonując dla TVP zamieszki we Francji, nie zauważała w ogóle, że tzw. ustawa o pierwszym zatrudnieniu gwałci podstawowe prawa młodych ludzi na rynku pracy, na którym już bez niej stali na słabszej pozycji. Pani Tadeusiak zabawiała się tworzeniem wyrafinowanych w jej własnym odczuciu paraleli i kontrastów z protestami roku 1968. W opozycji do szlachetnych ówczesnych ideałów, dzisiejszej młodzieży francuskiej chodzi ponoć tylko o to, by móc uczestniczyć w społeczeństwie konsumpcyjnym. Żądanie równego traktowania to zdaniem pani Tadeusiak pragnienie konsumowania. Ich rodzice chcieli zmieniać społeczeństwo, oni boją się zmian, kolejna złota myśl pani reporter. Głupota ludzka nie zna granic, wiemy to już od Erazma z Rotterdamu, dobrze by jednak było, gdyby jakoś ją odsiewano w takich instytucjach jak telewizja publiczna.
Tego lata rozpoczął się jednak nowy rozdział antypracowniczej propagandy w „wolnych” polskich mediach, pojawiło się bowiem nowe zjawisko: brak chętnych do pracy sezonowej w turystyce i gastronomii. I znów dziennikarze ubolewają nad ciężką dolą polskich kapitalistów, którzy mimo kilkunastoprocentowego bezrobocia nie mogą znaleźć personelu. Widocznie bezrobocie bierze się w Polsce z lenistwa narodu. Ze śmiertelną powagą, bezkrytycznie cytują takie wypowiedzi nieszczęśliwych przedsiębiorców: „Oferuję 900 złotych miesięcznie, to niemało”. Proponuję mu za tyle wyżyć. Zwłaszcza, że w tej branży o ośmiogodzinnym dniu pracy nikt już nawet nie marzy.
Pracą sezonową zainteresowani są zawsze studenci, zresztą to ich się zwykle szuka na takie stanowiska, nikt nie da takiej pracy bezrobotnemu czterdziestolatkowi. Ale polskiego studenta nie stać na to, żeby subwencjonować swoją pół-darmową pracą wyzyskującego go przedsiębiorcę. Polski student musi w wakacje odłożyć na studia, bo zwykle za nie płaci, a nawet jak ma szczęście studiować za darmo i nawet ma stypendium, to wie, że pierwszy przelew dostanie dopiero na początku grudnia i do tego czasu będzie musiał z czegoś żyć. Wyjazd do Kołobrzegu kosztuje tyle samo, co do Londynu, gdzie za tą samą pracę płacą co najmniej 7 razy tyle, student nie może więc wybrać nic innego. „Im chodzi tylko o to, gdzie zarobią więcej” – żali się inny nieszczęsliwiec, a dziennikarz to całkiem poważnie cytuje. Ha! szubrawcy, no nie? A o co ma chodzić człowiekowi, który musi z czegoś żyć? O samą przyjemność pracy w pozycji wyprostowanej 12 godzin dziennie?
Gdyby prawdą była obowiązująca doktryna ideologiczna balcerowiczyzmu, że praca jest towarem i stosunek podaży do popytu wszystko sam ureguluje, wzrosłyby płace i problem by zniknął. Ale, jak powiedział Karol Marks, w systemie kapitalistycznym władzę sprawuje kapitał. Nigdy nie przestało to być prawdą. Kapitał nie ma najmniejszego zamiaru podnieść w Polsce płac. W światowym systemie kapitalistycznym od XVI wieku, jak wykazały badania np. Małowista czy Wallersteina, Polska jest peryferią, quasi-kolonią, dostarczycielem tego, co tanie: surowców, żywności, towarów niskoprzetworzonych i wreszcie taniej siły roboczej. Dzięki temu skupiony na Zachodzie kapitał, zwolniony z tych obowiązków, może się zajmować zarabianiem prawdziwych pieniędzy. Kapitał nie może więc dopuścić do wzrostu płac w Polsce, ich realny wymiar częściej spada niż wzrasta. Althusser twierdził, środki masowego przekazu są ideologicznym aparatem państwa strzegącego interesów kapitału. Bezkrytyczni funkcjonariusze tego aparatu, polscy dziennikarze, prowadząc konsekwentną antypracowniczą propagandę, przygotowują obecnie grunt dla otwarcia możliwości zatrudniania na ogromną skalę ludzi z Ukrainy czy Rosji, którzy będą się godzić na takie stawki i w ten sposób spędzające kapitalistom sen z oczu widmo wzrostu płac zostanie raz na zawsze zażegnane. Nastąpi ogromny import siły roboczej ze wschodu pomimo kilkunastoprocentowego bezrobocia w kraju. W celu utrzymania niskich płac.
Dziennikarze kręcą jednak w ten sposób bat na samych siebie, bo też są przecież pracownikami. I to coraz bardziej wyzyskiwanymi (nie licząc wąskiej elity gwiazd zawodu). Na razie czerpią inteligencką satysfakcję z tego tylko, że się różnią od „zwykłych” pracowników, bo świadczona przez nich praca ma charakter umysłowy, jest to jednak krótkowzroczna postawa. Jeżeli sądzą, że jeszcze więcej neoliberalnego kapitalizmu poprawi kiedyś ich położenie, to mylą się grubo.
Konkursy
do 30.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
do 29.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
Kalendarium
Dziś jest 27 maja 2012
Media i kultura
1960 – Polskie Radio nadało pierwszy odcinek powieści radiowej "W Jezioranach" ; 1994 – odbyła się polska premiera filmu "Trzy kolory. Czerwony"
Konferencje
Celem warsztatów jest zapoznanie uczestników z różnorodnymi metodami zarabiania na rynku mobilnym.
22 i 23 maja Polskę odwiedzi światowa czołówka specjalistów z branży marketingu wyszukiwarek internetowych.


Komentarze