23.08.05, 05:08
Sukces Telewizji Publicznej
Wrażenie: kolosalne - piosenki mojej młodości, polane Mannem i pięknie przyprawione orkiestrą - aranżacje świetne i coś co lubię - dużo gitary - pisze Mateusz Moskała.
Coroczny festiwal piosenki w Sopocie organizowany przez Telewizję Publiczną nigdy nie przypadł mi do gustu. Wpadki realizacyjne, pijani wykonawcy i nietrafiony ich dobór, drętwi prowadzący. W sumie odnosiłem wrażenie, że najlepiej bawiła się sopocka publiczność, która to w nastrój wieczornych koncertów wprowadzała się już od rana.
W tym roku dodatkowo nastąpił prawdziwy wysyp imprez sopockich - każda duża telewizja musi mieć swój własny festiwal: Polsat miał TopTrendy (już nie w koalicji z radiem RMF FM), TVP miała swoje festiwale, TVN ze swoim "Sopotem 2005" startuje we wrześniu. I wszystko to będzie można obejrzeć w telewizji. Każdy festiwal ma największe gwiazdy, jest najbardziej trendy, jazzy i w ogóle to cool. Ale ile razy można oglądać taką Mandarynę czy inną Dodę Elektrodę? Wszędzie ciągle jedno i to samo - w końcu topowych wykonawców mogących przyciągnąć tłumnie widza do telewizora i publiczność do Opery Leśnej nie ma u nas tak wiele.
Pomimo to, każdy z festiwali miał być w założeniu i w spotach reklamowych największym wydarzeniem muzycznym roku 2005, niezapomnianym, wspaniałym, niesamowitym, etc. Inni prowadzący, inna scenografia, pewnie i inna publiczność - ale i miejsce i artyści ci sami - w radiu, w telewizjach muzycznych. W kółko.
I w tym miejscu pozytywnie zaskoczyła mnie "Telewizyjna Jedynka" ze swoim piątkowym koncertem "Przeżyj to sam, czyli przeboje z przebojami". Telewizor włączyłem bardziej z przypadku, niż chęci obejrzenia po raz n-ty Goyi, Sistars czy innego Mezo. I nagle otworzyły mi się oczy szerzej - słyszę mocną gitarę, a na scenie dwóch laureatów idola: Krzysztof Zalewski i Bartek Silski śpiewa "Jest super" z repertuaru T-Love. Oglądałem z pewną taką nieufnością, gdyż gwiazdy Polsatu w publicznej wyglądają podejrzanie. Poza tym zawsze z pewną taką nieufnością podchodzę do przerabiania klasyków. Ale po chwili już się uspokoiłem - panowie zaśpiewali naprawdę świetnie, a i wtórująca im orkiestra naprawdę dobrze brzmiała.
Piosenka się skończyła, na scenę wchodzi... Wojciech Mann - to było dla mnie kolejne zaskoczenie - a nuż to porządny koncert będzie, skoro taka persona go swoim nazwiskiem firmuje. I muszę przyznać, że Wojciech Mann był świetny. Jak zawsze. Poprowadził koncert w klimacie komunistycznych czasów, szczególnie nawiązując do zmagań artystów z cenzorami. Wytykał absurdalność minionego ustroju, podkreślał to cytatami z peerelowskich dokumentów i nagranymi rozmowami z artystami.
Później mieliśmy okazję zobaczyć na scenie Maanam, Lady Pank, Oddział Zamknięty oraz Perfect, Kobranockę, Braci Cugowskich, a finałem koncertu był Lombard i "Przeżyj to sam". Pominę tutaj średnią "kondycję sceniczną" lidera Lady Pank, natomiast muszę zwrócić uwagę na jedną rzecz: wykonanie piosenki "O, Ela!" Chłopców z Placu Broni przez... sam nie mogłem swoim oczom uwierzyć, kolejną gwiazdę Polsatu - Jarosława Mikulskiego z Baru Vip. Człowiek ten próbował swoich sił w Idolu - nie wyszło. Skąd się wziął w Sopocie wśrod takich artystów? Nie wiem, ale dla mnie ten występ był porażką. Na szczęście nie na tyle wielką, by zdeklasować koncert. Plusem jest to, że nie mogłem spokojnie odejść od telewizora zapalić - w końcu TVP nie przerywa koncertów reklamami.
Kolejną ciekawostką muzyczną była "Biała flaga" Republiki w wykonaniu "Braci". Ciężko mi stwierdzić, czy wykonanie złe, czy dobre - na pewno profesjonalne i takie... inne. A to że w głowie mam oryginalne brzmienie utworu nie powinno deklasować artystów o innej wizji muzyki.
W połowie festiwalu moja lepsza połowa zadała mi ważne pytanie: "Czy publiczna wreszcie zatrudniła kogoś do realizacji Sopotu?". Wszystko na to wskazuje - brak wyraźnych wpadek realizatorskich, artyści mieli odsłuchy, sprawiali przekonywujące wrażenie śpiewania na żywo i nie fałszowali. A wszyscy wiemy, że jeśli TVP kogoś zatrudnia do realizacji jakiegoś przedsięwzięcia, to wychodzi to taniej, szybciej i nieraz lepiej niż w sytuacji uruchomienia "aparatu administracyjno - decyzyjnego TVP w celu ustalenia składu ekipy telewizyjnej i kosztów realizacji przedsięwzięcia".
Wrażenie: kolosalne - piosenki mojej młodości, polane Mannem i pięknie przyprawione orkiestrą - aranżacje świetne i coś co lubię - dużo gitary. Część polską koncertu obejrzałem z prawdziwą przyjemnością, nieraz uśmiechając się do wspomnień. Craiga Davida sobie podarowałem - jakoś po pierwszej części, niezależnie od jego "wielkości", to już było nie to. Koncert pointuje myśl, równiez przez moją lepszą połowe wypowiedziana: "Maanam, Lady Pank, Oddział Zamknięty, Perfect, Kobranocka, Lombard w Sopocie. A gdzie Mandaryna, Papa Dance, Kombii? Jak to gdzie - w RMF..
Ale tej beczce miodu znajduje się niestety łyżka dziegciu. Wydawać by się mogło, że TVP, opłacana z naszych abonamentów, wreszcie zrobiła coś fajnego, nie w pop - mandarynowym nurcie, nie "trendy"... Po chwili wspomnień, zauroczenia naszły mnie refleksje - przecież to jest jak najbardziej na topie - powrót do czasów "socrealizmu", nawiązanie do czasów komuny - to się w końcu doskonale teraz sprzedaje. Przewrotna gra na emocjach, wspomnieniach skutecznie potrafiła zamaskować ten fakt. W bilansie ogólnym - festiwal "Telewizyjnej Jedynki" w Sopocie uważam za sukces - kawał dobrej roboty, świetny pomysł, no i po prostu... podobał mi się. To że gdzieś tam były drobne wpadki i niedociągnięcia - trudno - taki urok żywych imprez.
W tym roku dodatkowo nastąpił prawdziwy wysyp imprez sopockich - każda duża telewizja musi mieć swój własny festiwal: Polsat miał TopTrendy (już nie w koalicji z radiem RMF FM), TVP miała swoje festiwale, TVN ze swoim "Sopotem 2005" startuje we wrześniu. I wszystko to będzie można obejrzeć w telewizji. Każdy festiwal ma największe gwiazdy, jest najbardziej trendy, jazzy i w ogóle to cool. Ale ile razy można oglądać taką Mandarynę czy inną Dodę Elektrodę? Wszędzie ciągle jedno i to samo - w końcu topowych wykonawców mogących przyciągnąć tłumnie widza do telewizora i publiczność do Opery Leśnej nie ma u nas tak wiele.
Pomimo to, każdy z festiwali miał być w założeniu i w spotach reklamowych największym wydarzeniem muzycznym roku 2005, niezapomnianym, wspaniałym, niesamowitym, etc. Inni prowadzący, inna scenografia, pewnie i inna publiczność - ale i miejsce i artyści ci sami - w radiu, w telewizjach muzycznych. W kółko.
I w tym miejscu pozytywnie zaskoczyła mnie "Telewizyjna Jedynka" ze swoim piątkowym koncertem "Przeżyj to sam, czyli przeboje z przebojami". Telewizor włączyłem bardziej z przypadku, niż chęci obejrzenia po raz n-ty Goyi, Sistars czy innego Mezo. I nagle otworzyły mi się oczy szerzej - słyszę mocną gitarę, a na scenie dwóch laureatów idola: Krzysztof Zalewski i Bartek Silski śpiewa "Jest super" z repertuaru T-Love. Oglądałem z pewną taką nieufnością, gdyż gwiazdy Polsatu w publicznej wyglądają podejrzanie. Poza tym zawsze z pewną taką nieufnością podchodzę do przerabiania klasyków. Ale po chwili już się uspokoiłem - panowie zaśpiewali naprawdę świetnie, a i wtórująca im orkiestra naprawdę dobrze brzmiała.
Piosenka się skończyła, na scenę wchodzi... Wojciech Mann - to było dla mnie kolejne zaskoczenie - a nuż to porządny koncert będzie, skoro taka persona go swoim nazwiskiem firmuje. I muszę przyznać, że Wojciech Mann był świetny. Jak zawsze. Poprowadził koncert w klimacie komunistycznych czasów, szczególnie nawiązując do zmagań artystów z cenzorami. Wytykał absurdalność minionego ustroju, podkreślał to cytatami z peerelowskich dokumentów i nagranymi rozmowami z artystami.
Później mieliśmy okazję zobaczyć na scenie Maanam, Lady Pank, Oddział Zamknięty oraz Perfect, Kobranockę, Braci Cugowskich, a finałem koncertu był Lombard i "Przeżyj to sam". Pominę tutaj średnią "kondycję sceniczną" lidera Lady Pank, natomiast muszę zwrócić uwagę na jedną rzecz: wykonanie piosenki "O, Ela!" Chłopców z Placu Broni przez... sam nie mogłem swoim oczom uwierzyć, kolejną gwiazdę Polsatu - Jarosława Mikulskiego z Baru Vip. Człowiek ten próbował swoich sił w Idolu - nie wyszło. Skąd się wziął w Sopocie wśrod takich artystów? Nie wiem, ale dla mnie ten występ był porażką. Na szczęście nie na tyle wielką, by zdeklasować koncert. Plusem jest to, że nie mogłem spokojnie odejść od telewizora zapalić - w końcu TVP nie przerywa koncertów reklamami.
Kolejną ciekawostką muzyczną była "Biała flaga" Republiki w wykonaniu "Braci". Ciężko mi stwierdzić, czy wykonanie złe, czy dobre - na pewno profesjonalne i takie... inne. A to że w głowie mam oryginalne brzmienie utworu nie powinno deklasować artystów o innej wizji muzyki.
W połowie festiwalu moja lepsza połowa zadała mi ważne pytanie: "Czy publiczna wreszcie zatrudniła kogoś do realizacji Sopotu?". Wszystko na to wskazuje - brak wyraźnych wpadek realizatorskich, artyści mieli odsłuchy, sprawiali przekonywujące wrażenie śpiewania na żywo i nie fałszowali. A wszyscy wiemy, że jeśli TVP kogoś zatrudnia do realizacji jakiegoś przedsięwzięcia, to wychodzi to taniej, szybciej i nieraz lepiej niż w sytuacji uruchomienia "aparatu administracyjno - decyzyjnego TVP w celu ustalenia składu ekipy telewizyjnej i kosztów realizacji przedsięwzięcia".
Wrażenie: kolosalne - piosenki mojej młodości, polane Mannem i pięknie przyprawione orkiestrą - aranżacje świetne i coś co lubię - dużo gitary. Część polską koncertu obejrzałem z prawdziwą przyjemnością, nieraz uśmiechając się do wspomnień. Craiga Davida sobie podarowałem - jakoś po pierwszej części, niezależnie od jego "wielkości", to już było nie to. Koncert pointuje myśl, równiez przez moją lepszą połowe wypowiedziana: "Maanam, Lady Pank, Oddział Zamknięty, Perfect, Kobranocka, Lombard w Sopocie. A gdzie Mandaryna, Papa Dance, Kombii? Jak to gdzie - w RMF..
Ale tej beczce miodu znajduje się niestety łyżka dziegciu. Wydawać by się mogło, że TVP, opłacana z naszych abonamentów, wreszcie zrobiła coś fajnego, nie w pop - mandarynowym nurcie, nie "trendy"... Po chwili wspomnień, zauroczenia naszły mnie refleksje - przecież to jest jak najbardziej na topie - powrót do czasów "socrealizmu", nawiązanie do czasów komuny - to się w końcu doskonale teraz sprzedaje. Przewrotna gra na emocjach, wspomnieniach skutecznie potrafiła zamaskować ten fakt. W bilansie ogólnym - festiwal "Telewizyjnej Jedynki" w Sopocie uważam za sukces - kawał dobrej roboty, świetny pomysł, no i po prostu... podobał mi się. To że gdzieś tam były drobne wpadki i niedociągnięcia - trudno - taki urok żywych imprez.
Konkursy
do 30.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
do 29.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
Kalendarium
Dziś jest 27 maja 2012
Media i kultura
1960 – Polskie Radio nadało pierwszy odcinek powieści radiowej "W Jezioranach" ; 1994 – odbyła się polska premiera filmu "Trzy kolory. Czerwony"
Konferencje
Celem warsztatów jest zapoznanie uczestników z różnorodnymi metodami zarabiania na rynku mobilnym.
22 i 23 maja Polskę odwiedzi światowa czołówka specjalistów z branży marketingu wyszukiwarek internetowych.


Komentarze