10.03.07, 16:03
Kobiety według Kurathora
W marcu 1917 roku włókniarki pracujące w petersburskich fabrykach wyszły na ulice protestować przeciw wojnie. Pięć lat później, na pamiątkę tych wydarzeń, 8 marca oficjalnie ustanowiono Dniem Kobiet. Osiemdziesiąt pięć lat po tym, całkowicie męski zespół rockowy, a właściwie „kabaret rockowy”, zagrał specjalny koncert dla pań… i nie tylko.
W marcu 1917 roku włókniarki pracujące w petersburskich fabrykach wyszły na ulice protestować przeciw wojnie. Pięć lat później, na pamiątkę tych wydarzeń, 8 marca oficjalnie ustanowiono Dniem Kobiet. Osiemdziesiąt pięć lat po tym, całkowicie męski zespół rockowy, a właściwie „kabaret rockowy”, zagrał specjalny koncert dla pań… i nie tylko.
Klub „Awaria” bywa świadkiem różnych dziwnych wydarzeń muzycznych. Słowo „dziwnych” jest w tym przypadku jak najbardziej adekwatne. Choć mając na myśli muzykę Kurathora, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (Jeśli takie pozytywne znaczenie można by znaleźć…). Krakowskie trio bawi się dźwiękiem i tekstami utworów w swój niepowtarzalny sposób. Absurdalne poczucie humoru Łukasza Sojki, jakby rodem ze Starego Majdanu, gdzie rządzi Jakub Wędrowycz i sekcja rytmiczna płynnie poruszająca się po wszystkich gatunkach muzycznych są znakiem firmowym zespołu. Nikt chyba nie jest w stanie określić gatunku w jakim grają, czy najlepiej się czują. Utwór może zaczynać się bluesowym riffem, przejść w kołyszący swing, czy ska, aby skończyć się metalową zagrywką, jakiej nie powstydziłby Vader.
Pierwszy set, jak mówi Sojka, zawsze idzie „na odpał”. I tak było tym razem. Kilka bluesowo-rockowych piosenek było jedynie zapowiedzią tego co miało się wydarzyć na scenie kilka minut później. Drugi set był już stricte „kurathorowy”- kilkunastominutowe utwory okraszone świetnymi technicznie solówkami i tekstami doprowadzającymi do łez (do łez ze śmiechu, dla ścisłości ) pokazały prawdziwe oblicze zespołu. W zahaczającym o ska i reggae „Elektrycznym pastuchu”, będącym „piosenką drogi” dowiadujemy się, że owce to też kobiety oraz, że idąc w trampkach po szkle możemy się pokaleczyć. Absurdalne spojrzenie na drogę wędrowca w trampkach ( nie Wędrowycza, bo on chodził w gumowcach ) wracającego z targu w Będzinie jest symbolem poszukiwania sensu w bezsensie. Niestety nieudanym. Jedynym sensowym wnioskiem jaki się wyłania jest to, aby nie chodzić w obuwiu z miękką podeszwą po stłuczonych butelkach. Z kolei w „Szancie o Krigsmarine” można się dowiedzieć, z przymrużeniem oka oczywiście, jakie przymioty powinien mieć kandydat do służby na okrętach podwodnych. Jakie to powinny być cechy pominę milczeniem…
Militarystyczne zapędy autora tekstów uwidoczniły się także w innych piosenkach Kurathora. Znane wszystkim „Albatrosy” z „nieco” zmienionym tekstem opowiadają o walce z ptakami zanieczyszczającymi nasze ubrania. Walce toczonej za pomocą poczwórnie sprzężonego działka Boforsa… Również w „Swingu o pralce”, na pierwszy „rzut ucha” banalnej opowiastce o pralce i praniu, bronią stają się skarpetki. Skarpetki, które doprowadzają do wojny. To one miary być osławioną bronią biologiczną Saddama Husajna…
Jednak nie tylko historią najnowszą i militariami interesują się muzycy Kurathora. Trzeci set rozpoczął się „Pagańskimi misiami”, tragikomiczną w treści balladą o czasach naszych pradziadów. Gdzie w rolę złych duchów nękających naszych przodków wcielają się sympatyczne misie lubiące dzieci. Dodam, że dzieci w miodzie. Co się dzieje z tymi dziećmi możecie sobie wyobrazić.
Po prawie trzech godzinach słuchania muzyki, a przede wszystkim tekstów w wykonaniu krakowskiego tria mięśnie twarzy zaczęły odmawiać posłuszeństwa i popadać w odrętwienie ( ból i skurcze pojawiły się kilka utworów wcześniej ). Wydawało się, że zmaltretowane w końcu odpoczną, po tym jak ogłoszono zakończenie koncertu. Jednak nie! Na sali obecni byli muzycy kilku krakowskich formacji bluesowych i rockowych, co zaowocowało jam session trwającą do rana. W jej trakcie można było usłyszeć „kurathorowe” utwory w nowych aranżach, jak i standardy bluesowe, czy rockowe.
Reasumując. Jeśli ktoś ma zły dzień, ma ochotę skoczyć z mostu, czy zapaść się pod ziemię powinien najpierw poszukać terminu najbliższego koncertu tego zespołu. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Fani ostrego gitarowego grania, kołyszącego boogie, perkusyjnego łomotu, a przede wszystkim wielbiciele absurdalnego poczucia humoru w stylu Kabaretu Mumio, czy Andrzeja Pilipiuka. Kurathor to nie jest kapela, to jest instytucja poprawiająca humor. Jedyny w swoim rodzaju „rockowy kabaret”.
Klub „Awaria” bywa świadkiem różnych dziwnych wydarzeń muzycznych. Słowo „dziwnych” jest w tym przypadku jak najbardziej adekwatne. Choć mając na myśli muzykę Kurathora, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (Jeśli takie pozytywne znaczenie można by znaleźć…). Krakowskie trio bawi się dźwiękiem i tekstami utworów w swój niepowtarzalny sposób. Absurdalne poczucie humoru Łukasza Sojki, jakby rodem ze Starego Majdanu, gdzie rządzi Jakub Wędrowycz i sekcja rytmiczna płynnie poruszająca się po wszystkich gatunkach muzycznych są znakiem firmowym zespołu. Nikt chyba nie jest w stanie określić gatunku w jakim grają, czy najlepiej się czują. Utwór może zaczynać się bluesowym riffem, przejść w kołyszący swing, czy ska, aby skończyć się metalową zagrywką, jakiej nie powstydziłby Vader.
Pierwszy set, jak mówi Sojka, zawsze idzie „na odpał”. I tak było tym razem. Kilka bluesowo-rockowych piosenek było jedynie zapowiedzią tego co miało się wydarzyć na scenie kilka minut później. Drugi set był już stricte „kurathorowy”- kilkunastominutowe utwory okraszone świetnymi technicznie solówkami i tekstami doprowadzającymi do łez (do łez ze śmiechu, dla ścisłości ) pokazały prawdziwe oblicze zespołu. W zahaczającym o ska i reggae „Elektrycznym pastuchu”, będącym „piosenką drogi” dowiadujemy się, że owce to też kobiety oraz, że idąc w trampkach po szkle możemy się pokaleczyć. Absurdalne spojrzenie na drogę wędrowca w trampkach ( nie Wędrowycza, bo on chodził w gumowcach ) wracającego z targu w Będzinie jest symbolem poszukiwania sensu w bezsensie. Niestety nieudanym. Jedynym sensowym wnioskiem jaki się wyłania jest to, aby nie chodzić w obuwiu z miękką podeszwą po stłuczonych butelkach. Z kolei w „Szancie o Krigsmarine” można się dowiedzieć, z przymrużeniem oka oczywiście, jakie przymioty powinien mieć kandydat do służby na okrętach podwodnych. Jakie to powinny być cechy pominę milczeniem…
Militarystyczne zapędy autora tekstów uwidoczniły się także w innych piosenkach Kurathora. Znane wszystkim „Albatrosy” z „nieco” zmienionym tekstem opowiadają o walce z ptakami zanieczyszczającymi nasze ubrania. Walce toczonej za pomocą poczwórnie sprzężonego działka Boforsa… Również w „Swingu o pralce”, na pierwszy „rzut ucha” banalnej opowiastce o pralce i praniu, bronią stają się skarpetki. Skarpetki, które doprowadzają do wojny. To one miary być osławioną bronią biologiczną Saddama Husajna…
Jednak nie tylko historią najnowszą i militariami interesują się muzycy Kurathora. Trzeci set rozpoczął się „Pagańskimi misiami”, tragikomiczną w treści balladą o czasach naszych pradziadów. Gdzie w rolę złych duchów nękających naszych przodków wcielają się sympatyczne misie lubiące dzieci. Dodam, że dzieci w miodzie. Co się dzieje z tymi dziećmi możecie sobie wyobrazić.
Po prawie trzech godzinach słuchania muzyki, a przede wszystkim tekstów w wykonaniu krakowskiego tria mięśnie twarzy zaczęły odmawiać posłuszeństwa i popadać w odrętwienie ( ból i skurcze pojawiły się kilka utworów wcześniej ). Wydawało się, że zmaltretowane w końcu odpoczną, po tym jak ogłoszono zakończenie koncertu. Jednak nie! Na sali obecni byli muzycy kilku krakowskich formacji bluesowych i rockowych, co zaowocowało jam session trwającą do rana. W jej trakcie można było usłyszeć „kurathorowe” utwory w nowych aranżach, jak i standardy bluesowe, czy rockowe.
Reasumując. Jeśli ktoś ma zły dzień, ma ochotę skoczyć z mostu, czy zapaść się pod ziemię powinien najpierw poszukać terminu najbliższego koncertu tego zespołu. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Fani ostrego gitarowego grania, kołyszącego boogie, perkusyjnego łomotu, a przede wszystkim wielbiciele absurdalnego poczucia humoru w stylu Kabaretu Mumio, czy Andrzeja Pilipiuka. Kurathor to nie jest kapela, to jest instytucja poprawiająca humor. Jedyny w swoim rodzaju „rockowy kabaret”.
Najnowsze informacje: kultura
24.05.12, 09:05
23.05.12, 23:05
23.05.12, 23:05
23.05.12, 23:05
22.05.12, 23:05
Konkursy
do 30.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
do 29.06.12
Do wygrania trzy egzemplarze książki.
Kalendarium
Dziś jest 25 maja 2012
Media i kultura
1942 – urodziła się Łucja Prus (piosenkarka), 1979 – odbyła się premiera filmu "Test pilota Pirxa"
Konferencje
Celem warsztatów jest zapoznanie uczestników z różnorodnymi metodami zarabiania na rynku mobilnym.
22 i 23 maja Polskę odwiedzi światowa czołówka specjalistów z branży marketingu wyszukiwarek internetowych.


Komentarze