24.06.06, 21:06
Depeche Mode w Warszawie
Na drugi w tym roku koncert Depeche Mode w naszym kraju oczekiwano z nie mniejszą niecierpliwością niż na ten, który w marcu odbył się w katowickim Spodku. Szczególnie jednak chyba nie mogli się doczekać Ci, którzy na koncert marcowy biletów nie zdobyli. Wielu na pewno było też i takich szczęściarzy, którzy obejrzeli oba koncerty. Niemniej jednak, po warszawskim występie grupy odnoszę pewne wrażenie, że to jednak w Spodku znalazło się najwięcej prawdziwych fanów zespołu, a nie osób przypadkowych, które przyszły na koncert z ciekawości lub dlatego, że z reguły uczęszcza na koncerty wielkich gwiazd bez względu na to jaki styl muzyczny reprezentują. Ta chyba przypadkowość dała się zauważyć w reakcjach publiczności, w stopniu jej żywiołowości, a przede wszystkim tzw. zgraniu, które momentami bardzo kulało. Dało się to zauważyć podczas wspólnego machania rękami przy utworze „Never let me down again”, granym na bis. Skandowanie, śpiewanie, czy wywoływanie zespołu na bis też wychodziły czasem dosyć niemrawo, a przede wszystkim niezbyt równo. Sam koncert, bardzo, baaaardzo wyczekany, biorąc pod uwagę dwa sety didżejskie dj Hirka i dj Mario oraz dwa supporty w postaci Pati Yang i Timo Maas’a, padający w międzyczasie deszcz i ochłodzenie, też zrobił na mnie nieco mniejsze wrażenie niż ten marcowy.
Depeche Mode wkroczyli na scenę punktualnie o 21:20 z sekundami (Ci, którzy zajęli miejsca na Stadionie Legii tuż po otwarciu bram, czyli po 16:00, odetchnęli z ulgą). Przy ogólnej radości i aplauzie rozpoczęli krótkim intrem i, jak się można tego było spodziewać, połączonym z nim pierwszym utworem z doskonałego wydawnictwa „Playing the Angel’, a więc przebojowym „A Pain that I Am used to”. Zaraz potem coś starszego, czyli energetyczny „Question of Time” i znowu dawka hitów z ostatniej płyty: „Sufler Well”, „Precious”. I tak do końca, jak na całej trasie, obok utworów najnowszych, nie mogło zabraknąć sprawdzonych, kultowych przebojów sprzed lat. Setlista nieco jednak różniła się od katowickiej. Zabrakło “Policy of True”, nastrojowego „Damaged People”, „I Want it All”, czy “The Sinner in Me”. W zamian za to usłyszeliśmy jednak: “Stripped”, “It doesn’t matter two”, wzruszający “In your room”, mroczny “Nothing’s Possible”. Publiczność szalała przy “John the Revelator”, a podczas “Behind the Wheel” nie mogła oderwać wzroku od pięciu ekranów umieszczonych na scenie. Powód? Spoglądała z niego uwodzicielsko całkiem przystojna pani , która pod koniec utworu zgubiła gdzieś mimochodem i tak skąpą garderobę. Niejeden zdzierał gardło śpiewając z Davidem „ I feel You”, „Personal Jesus”, „Word In my Eyses”, no i oczywiście „Enjoy the Silence” , przy czym sporą część tego utworu odśpiewała sama publiczność.
Zespół był w bardzo dobrej formie, Gahan jak zwykle biegał i tańczył ze statywem od mikrofonu, choć odnosiło się wrażenie, że trochę brakuje mu miejsca. W zamian za to dał niezły popis seksownego poruszania biodrami, ku uciesze żeńskiej części publiczności zwłaszcza. Nie doczekaliśmy się jednak słynnego zrzucenia z siebie marynarki. Czyżby obawa przed przeziębieniem? No i czego muzycy obawiali się tak rzadko wybiegając na podest wysunięty w głąb publiczności?
Mimo fantastycznej oprawy wizualnej (światła, ekrany, telebimy, robiąca wrażenie futurystyczna scenografia) czegoś zabrakło… Sam występ bardzo dobry, nie było aż tak wielu jak w Katowicach momentów wzruszających, chwytających za serce, magicznych, nie było tak mocnej i upragnionej interakcji, kontaktu z publicznością…i nie było drugiego bisa. I niewiadomo, czy to wina słabo upominającej się publiczności, czy tak musiało po prostu być, jako, że na drugiej części trasy przewidziany był tylko jeden. A w bisie zabrakło „Everything Counts”, w zamian zespół bardzo pozytywnie zaskoczył wszystkich utworem „Photographic”- pierwszym, jaki nagrał na początku swego istnienia.
Dla mnie koncert udany, aczkolwiek im więcej czasu upływa, tym bardziej skłaniam się ku opinii, że nie tak udany jak ten w Spodku. Ale podobno stadiony rządza się swoimi prawami, a i od zespołu, który od wielu miesięcy jest w trasie nie można wymagać, by zawsze dawał genialny koncert. A może to po prostu tylko efekt zachłyśnięcia się pierwszym razem w Katowicach…? Dodam, że moim pierwszym razem z Depeche Mode na żywo. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła to zweryfikować, jeśli tylko zespół zawita znów do Polski. Czego sobie i wszystkim fanom życzę.
Depeche Mode wkroczyli na scenę punktualnie o 21:20 z sekundami (Ci, którzy zajęli miejsca na Stadionie Legii tuż po otwarciu bram, czyli po 16:00, odetchnęli z ulgą). Przy ogólnej radości i aplauzie rozpoczęli krótkim intrem i, jak się można tego było spodziewać, połączonym z nim pierwszym utworem z doskonałego wydawnictwa „Playing the Angel’, a więc przebojowym „A Pain that I Am used to”. Zaraz potem coś starszego, czyli energetyczny „Question of Time” i znowu dawka hitów z ostatniej płyty: „Sufler Well”, „Precious”. I tak do końca, jak na całej trasie, obok utworów najnowszych, nie mogło zabraknąć sprawdzonych, kultowych przebojów sprzed lat. Setlista nieco jednak różniła się od katowickiej. Zabrakło “Policy of True”, nastrojowego „Damaged People”, „I Want it All”, czy “The Sinner in Me”. W zamian za to usłyszeliśmy jednak: “Stripped”, “It doesn’t matter two”, wzruszający “In your room”, mroczny “Nothing’s Possible”. Publiczność szalała przy “John the Revelator”, a podczas “Behind the Wheel” nie mogła oderwać wzroku od pięciu ekranów umieszczonych na scenie. Powód? Spoglądała z niego uwodzicielsko całkiem przystojna pani , która pod koniec utworu zgubiła gdzieś mimochodem i tak skąpą garderobę. Niejeden zdzierał gardło śpiewając z Davidem „ I feel You”, „Personal Jesus”, „Word In my Eyses”, no i oczywiście „Enjoy the Silence” , przy czym sporą część tego utworu odśpiewała sama publiczność.
Zespół był w bardzo dobrej formie, Gahan jak zwykle biegał i tańczył ze statywem od mikrofonu, choć odnosiło się wrażenie, że trochę brakuje mu miejsca. W zamian za to dał niezły popis seksownego poruszania biodrami, ku uciesze żeńskiej części publiczności zwłaszcza. Nie doczekaliśmy się jednak słynnego zrzucenia z siebie marynarki. Czyżby obawa przed przeziębieniem? No i czego muzycy obawiali się tak rzadko wybiegając na podest wysunięty w głąb publiczności?
Mimo fantastycznej oprawy wizualnej (światła, ekrany, telebimy, robiąca wrażenie futurystyczna scenografia) czegoś zabrakło… Sam występ bardzo dobry, nie było aż tak wielu jak w Katowicach momentów wzruszających, chwytających za serce, magicznych, nie było tak mocnej i upragnionej interakcji, kontaktu z publicznością…i nie było drugiego bisa. I niewiadomo, czy to wina słabo upominającej się publiczności, czy tak musiało po prostu być, jako, że na drugiej części trasy przewidziany był tylko jeden. A w bisie zabrakło „Everything Counts”, w zamian zespół bardzo pozytywnie zaskoczył wszystkich utworem „Photographic”- pierwszym, jaki nagrał na początku swego istnienia.
Dla mnie koncert udany, aczkolwiek im więcej czasu upływa, tym bardziej skłaniam się ku opinii, że nie tak udany jak ten w Spodku. Ale podobno stadiony rządza się swoimi prawami, a i od zespołu, który od wielu miesięcy jest w trasie nie można wymagać, by zawsze dawał genialny koncert. A może to po prostu tylko efekt zachłyśnięcia się pierwszym razem w Katowicach…? Dodam, że moim pierwszym razem z Depeche Mode na żywo. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła to zweryfikować, jeśli tylko zespół zawita znów do Polski. Czego sobie i wszystkim fanom życzę.
Najnowsze informacje: kultura
24.05.12, 09:05
23.05.12, 23:05
23.05.12, 23:05
23.05.12, 23:05
22.05.12, 23:05
Konkursy
do 21.06.12
Zaprszamy do konkursu w którym można wygrać trzy egzemplarze książki.
Kalendarium
Dziś jest 25 maja 2012
Media i kultura
1942 – urodziła się Łucja Prus (piosenkarka), 1979 – odbyła się premiera filmu "Test pilota Pirxa"
Konferencje
Celem warsztatów jest zapoznanie uczestników z różnorodnymi metodami zarabiania na rynku mobilnym.
22 i 23 maja Polskę odwiedzi światowa czołówka specjalistów z branży marketingu wyszukiwarek internetowych.


Komentarze