14.08.07, 18:08
Castle Party 2007 – relacja z festiwalu
Castle Party Anno Domini 2007 upłynęło w tym roku pod znakiem niekończącego się deszczu i chłodu, aczkolwiek nie przeszkadzał on fanom mrocznych gotyckich i elektronicznych klimatów w udanej, jak zwykle w Bolkowie, zabawie. Gorzej mieli na pewno Ci, którzy zdecydowali się nocować na polu namiotowym, ale zawsze przecież można było ogrzać się w niezwykle tym razem zatłoczonej Hacjendzie. Klub przeżywał prawdziwe oblężenie z racji smutnego faktu zamknięcia klubu Sorrento, w którym to także zaplanowane były imprezy z udziałem DJ’ów z kraju i ze świata. Powodem miała być zmiana właściciela, który w ostatniej chwili uniemożliwił przybyłym zabawę w klubie. W związku z tym część DJ-ów zagrała swoje sety po prostu….na świeżym powietrzu, pod tarasem klubu Hacjenda, co dawało w sumie trzy imprezy w jednym miejscu, biorąc pod uwagę dolny parkiet klubu i niewielką przestrzeń około-barową na piętrze, gdzie od kilku lat dużą popularnością cieszy się szafa grająca. Szkoda tylko, że imprezę przed Hacjendą udało się zorganizować tylko w piątek, być może hałas przeszkadzał mieszkańcom okolicznych domów i to było przyczyną zaniechania kontynuacji tego rozwiązania…Generalnie jednak trzeba przyznać, że imprezy w Hacjendzie były bardzo udane i mimo różnorodności gatunkowej DJ-skich setów, szczególnie dolna sala zawsze była po brzegi wypełniona.
Sety DJskie, jako że dobrze przyjęły się poprzednio na małym dziedzińcu zamkowym, także i w tym roku wypełniły stare zamkowe mury. Tym razem jednak tym, co przyciągnęło zdecydowanie największą uwagę był Exciting Body Piercing show w wykonaniu damsko-męskiej grupy z Francji. Jednych przekłuwanie ciała przyprawia o dreszcze, innych fascynuje, to co pokazali francuscy artyści to mistrzostwo świata w kategorii reagowania na ból. Ich show to głównie pokaz szokującego, a jednak rozpowszechniającego się zjawiska tzw. podwieszania ciała, polegającego na przekłuwania skóry sporych rozmiarów hakami i klamrami, a następnie zwieszaniu delikwenta na nich za pomocą łańcuchów. Niejednego obserwatora na pewno zastanowiło i zaskoczyło, że podwieszane osoby nie dość, że nie wykazywały żadnych oznak bólu i przyjmowały kolejne przekłucia z uśmiechem na twarzy, to na dodatek z takim samym szerokim uśmiechem dyndały na łańcuchach z wyraźną radością machając kończynami i huśtając się w każdym możliwym kierunku. Co kto lubi…
Bolków koncertowy zapowiadał się interesująco i taki w większości był. Bywalców festiwalu do przyjazdu w tym roku przekonał dobry skład, w którym zestaw gwiazd gwarantował prawie dla każdego coś dobrego. Sobotniego popołudnia, po łączonej z elektroniką nieco orientalnej nucie w wykonaniu japońskiego The Rogal Dead, intrygujący występ dał polski zespół Gumel and the living Dead, którego charyzmatyczny i dowcipny wokalista raz po raz, niczym jak z rękawa sypał w stronę publiczności niewybrednymi tekstami, wszystkich wprawiając w wyśmienity humor. I nawet Ci, którzy nie znali wcześniej twórczości grupy, z zaciekawieniem obserwowali sceny zakładania na głowę damskiej bielizny czy przyjmowania dowodów sympatii w postaci kolorowych pluszaków. Muzycznie skocznie, punkowo, deathrockowo, z lekką nutą rocka gotyckiego, a jednak przewrotnie bardzo pozytywnie i radośnie. Prawdziwą gratką, zwłaszcza dla starszej publiczności były hity sprzed lat, takie jak „Bez końca” czy „ Siekiera”, oczywiście autorstwa legendarnej Siekiery. Całości dopełniła strona wizualna, Miguele jak zwykle upiornie, z trupio bladymi twarzami i intrygującymi gadżetami w postaci np. zwisającego z gitarowego gryfu uroczego kościotrupa.
Wyczekiwany przez wielu fanów koncert niemieckiej Dioramy, choć odbył się w świetle dziennym, nie był pozbawiony niezwykłej magii jaką roztacza zespół na żywo. Widać, że muzycy przeżywają swój występ. Żywiołowe gestykulacje wokalisty Torbena oraz fantastyczny kontakt z oddaną publicznością zrobił swoje i całej magii nie rozwiał nawet powracający deszcz, który nawet jej dodawał pojawiając się na przemian ze słońcem…Słowem, bardzo dobry koncert, szkoda jedynie, że tak krótki, stanowczo za krótki…
Rozczarować mógł niektórych Pride and Fall, który w przeciwieństwie do Dioramy, nie zdawał się zbytnio przeżywać swojego występu w Bolkowie, ot, przyszli, zagrali i poszli, co więcej, nie życząc sobie przy tym zdjęć fotoreporterskich. Cóż, gwiazdorstwo pełną parą, ale czy aby na pewno usprawiedliwione?
Z bardzo dobrym przyjęciem spotkał się równie wyczekiwany, tym razem przez fanów mocniejszej elektroniki, koncert belgijskiego Suicide Commando. To naprawdę spora dawka energii i muzycznej agresji. Natomiast niemiecki Diary of Dreas, grający w Bolkowie drugi raz, urzekł potęgą gitarowego brzemienia przeplecionego misternie, także charakterystyczną dla zespołu, elektroniką. Koncert był odmienny od tego w 2003 roku, Adrian Hates – wokalista i lider grupy skupiał się nie tylko na śpiewie, ale także i w dużej części na grze na gitarze, co odbierało nieco dynamizmu całości występu, jednak trzeba mieć na uwadze, że grupa nieustannie ewoluuje i z każdą płytą zmienia nieco swoje oblicze. Kiedyś było bardziej dynamicznie, tanecznie, teraz ich występy nabrały pewnej posągowej, mistycznej powagi… Nie zabrakło na szczęście stałego już punktu programu, a mianowicie rozpuszczenia przez wokalistę jego długich blond włosów. Ku uciesze żeńskiej części publiczności oczywiście.
Gwiazda pierwszego koncertowego dnia festiwalu, I Am X, zaskoczył wielu sceptyków, zarówno tych, którzy nie mogli zrozumieć wytypowania artysty jako gwiazdy, jak i tych, którzy do tej pory nie byli przekonani do muzyki Chrisa Cornera. A trzeba przyznać, że to był naprawdę wspaniały koncert; niesamowity głos, ogromna charyzma, zaangażowanie i dopełniające całości wizualizacje zrobiły swoje – ten wieczór należał do I Am X.
Dzień ostatni festiwalu - niedziela to m.in. nowe oblicze krakowskiego zespołu Cemetary of Scream, który zaprezentował się publiczności z nowym wokalistą na czele, Fading Colours (który to już raz?) z tajemniczą i charyzmatyczną wokalistką DeCoy, prezentujący utwory z długo wyczekiwanej nowej płyty, poprawnie choć bez rewelacji zagrany koncert progresywno – gotyckiej grupy NFD czy przyciągający uwagę raczej wizualnie niż muzycznie Angelspit aż z dalekiej Australii.
Legendarne Kropki, czyli dobrze znany wszystkim wielbicielom mrocznych, psychodelicznych dźwięków The Legendary Pink Dots oczarował właśnie taką mroczną, transową wręcz atmosferą publiczność, która bardzo dobrze przyjęła artystów, mimo dość skąpego z nią kontaktu tychże. Ważne jednak, że samo widowisko muzyczne warte było w nim uczestniczenia, szczególnie dla takich momentów jak długi, prawie 10 minutowy popis gry na klawiszach, czy towarzyszący temu występ saksofonisty…wśród samej publiki.
Tego wieczoru wyczekiwano także na skandynawskiego Mortiisa, który ku zaskoczeniu nie wystąpił w swojej misternej masce szkaradnego trolla, do której przyzwyczaił już swoich fanów, a jedynie pomazał twarz czarną farbą i założył mocno poszarpane ubranie. Muzycy mieli niestety ogromnego pecha, bo dość często miały miejsce jakieś nieprzewidziane i mocno irytujące wokalistę (trudno się dziwić) problemy techniczne ze sprzętem. Psuło to znacząco całe show, choć z drugiej strony trzeba przyznać, że pomijając te incydenty, sam Mortiis nie popisał się zbytnio (głos już chyba niestety nie ten...). W sumie koncert dość przeciętny.
Lepiej wypadł na pewno kolejny, ostatni już tego wieczoru artysta, mianowicie Front Line Assembly. Niektórzy przyjechali do Bolkowa specjalnie na koncert tylko tej grupy. Trudno jest jednak jednoznacznie go ocenić, jako, że muzyka FLA należy do tego typu, którego albo się kocha albo po prostu ma się do niej stosunek bardzo obojętny. Fani zespołu, żywiołowo reagowali jednak na swoich idoli. I z wzajemnością.
Po ostatnich koncertach przyszedł oczywiście czas na zabawę do białego rana, czy to w zatłoczonej Hacjendzie, czy w innych zakamarkach miasteczka. Każdy jakoś radził sobie z problemem braków w imprezowej infrastrukturze. Niektórzy pożegnali Bolków już w poniedziałek, inni zostali dłużej, ale przecież Bolków bez festiwalu to już zupełnie inne miejsce...Doceniającym jednak jego walory festiwalowe nie pozostaje nic innego jak odliczać dni do kolejnej edycji Castle Party. Oby tylko pogoda tak nie zawiodła tak jak w tym roku…Póki co, na forum oficjalnej strony festiwalu, toczą się już dyskusje nie tylko na temat tego jak było, ale jak będzie w przyszłym roku. Padają propozycje co do składu, ale i sugestie co do poprawy infrastruktury imprezy. O to jednak muszą zadbać nie tylko sami organizatorzy, ale potrzebna jest też dobra wola ze strony miasta i jego mieszkańców, a Ci chyba jednak trochę zaniedbują tą formę promocji Bolkowa, co nie znaczy, że nie doceniają wartości imprezy, w końcu to także fantastyczna okazja do dodatkowego zarobku.
Oficjalna strona Castle Party w Bolkowie: http://www.castleparty.com/
Koncert I AM X
Koncert Mortis
Koncert The Royal Dead
CASTLE PARTY - misz-masz
Zaprszamy do konkursu w którym można wygrać trzy egzemplarze książki.
Celem warsztatów jest zapoznanie uczestników z różnorodnymi metodami zarabiania na rynku mobilnym.
22 i 23 maja Polskę odwiedzi światowa czołówka specjalistów z branży marketingu wyszukiwarek internetowych.


Komentarze